Wrzesień 30, 2009
była sobie kraina…
Jest pewna kraina…pachnie w niej bzem i kawą cynamonową. Płynie tam pewna rzeka w której kroplami są kobiece łzy. Ale nie są tam one słone…smakują lukrowym wspomnieniem. Łąki rozchodzą się tam delikatnym aromatem miękkiej trawy pokrytej chłodną rosą. Ścieżki usnute są płatkami kwiatowym uginającymi się pod bosymi roztańczonymi stopami. Jest drewniany półokrągły mostek- zaczarowany, magiczny, czarodziejski, wyjątkowy. Należało na nim przysiąść i wydziergać w czarodziejskim płótnie marzenie błękitne. A ono nocą gwieździstą ma się przyśnić i spełnić jeżeli jest z głębi serca wydobyte. Kraina ta ma smak miłości, uniesień ordynarnych. Cudownie odnaleźć tę krainę wspaniałości. Mi się udało pewnego dnia oczarowanego Pana spojrzeniem. Trzy lata tańczyliśmy po tych ścieżkach malinowych…a później kraina zaczęła zanikać. Stawała się przeźroczysta, jakby mniej pachnąca i nie mieniła się kolorami pryzmatu. A Pan umierał…Z ostatnim oddechem Pańskim pękła niczym bańka mydlana. Przepraszam, że nie trzymałam wtedy Pana za rękę…
Przepraszam…że kraina nie istnieje